|
niedziela, 04 marca 2012
Życie w PRL-u było... cóż, nie oszukujmy się, dla większości ludzi było normalnym życiem. Innego nie znali i nie mieli poznać. Rządziła wówczas wszechobecna Partia (koniecznie z dużej litery), pochylająca się z troską (jakżeby inaczej) nad losem każdego szarego człowieka. Jej czerwone macki sięgały od Świnoujścia po Ustrzyki i od Suwałk po Bogatynię.
Oficjalnym organem Partii była Trybuna Ludu. Chętnie kupowana (ponoć) ze względu na nieźle redagowany dział sportowy. Innymi słowy, dużo i szczegółowo pisano tam o piłce nożnej. Raz do roku organizowano święto tej gazety, cieszące się wśród ludu ogromnym powodzeniem. Być może dlatego, że liczne stragany oferowały wtedy towary na codzień trudno dostępne, takie jak kiełbasa czy cytrusy.
Dla obozu socjalistycznego jeden z priorytetów stanowiła walka o pokój. Taka to miała być walka, że kamień na kamieniu nie zostanie (jak głosiło niezwykle w tym czasie popularne, anegdotyczne Radio Erewań). Za symbol zmagań obrano gołębia, ptaka co prawda niezbyt pokojowo usposobionego, za to o dobrej prezencji.
W PRL-u jeździło się najpierw warszawami, potem syrenkami, moskwiczami i innymi wytworami socjalistycznej myśli technicznej. Znaczący postęp w rozwoju motoryzacji nastąpił w końcu lat 60., gdy nawiązano współpracę z włoskim Fiatem. Efektem były dwa modele samochodów - najpierw Polski Fiat 125p, a później absolutny hit (zapewne cena miała tu wiele do rzeczy) Polski Fiat 126p, zwany potocznie "maluchem".
Ciekawostką jest, że gołąb "koreański" zachował się do dziś w stanie niezmienionym. Z pozostałych pokazanych przeze mnie metalowych znaczków sypie się czarny pył, który niegdyś robił za pozłotkę. Najwyraźniej walka o pokój wciąż aktualna, w przeciwieństwie do całej reszty.
czwartek, 09 czerwca 2011
Jestem typem sowy. Moja naturalna pora snu zawiera się pomiędzy godziną drugą w nocy a dziesiątą rano. Niestety, naszym światem władają skowronki, więc niemal całe życie zmagam się z koniecznością wstawania bladym (albo i nawet całkiem ciemnym) świtem. Żeby choć dało się do tego jakoś przyzwyczaić... ale nie, z biegiem lat uczucie dyskomfortu się potęguje. I oczywiście niezbędny mi jest porządny budzik. Najlepiej taki z funkcją drzemki, bo wstanie od razu po pierwszym sygnale zdecydowanie przekracza moje fizyczne i psychiczne możliwości. Przed erą elektroniki często nastawiałam po dwa, obawiając się, że jeden może zawieść, albo wyłączę go i pogrążę się znów w słodkich snach. Jest duży, o obudowie wykonanej z miękkiej blachy, która tu i ówdzie odkształciła się z biegiem lat. Na tarczy brak najmniejszej wzmianki o producencie, ale napisy przy pokrętłach z tyłu ("czas", "budzik", "prędzej - wolniej") są po polsku, więc może to wyrób wczesnego socjalizmu? Od intensywnego używania odpadła kiedyś wskazówka, co definitynie zakończyło jego długi żywot. A dźwięk miał donośny, podobnie jak rosyjska Rakieta: Tego wynalazku używałam bardzo krótko, bo są jednak jakieś granice budzeniowego szoku. W dodatku przeraźliwe dzwonienie było trudno wyłączalne... brrr. Na szczęście wkrótce nadeszły lepsze czasy i lepsze budziki. O dziwo, mimo że nie wydzierały się tak głośno i nieprzyjemnie, ich skuteczność budzeniowa okazała się całkiem niezła. To model wielce osobliwy. Kupiłam go pięć albo sześć lat temu, w ramach wyprzedaży, za jedyne 12 złotych. Spodobał mi się wyświetlacz w postaci przezroczystej szybki. Budzik jest produkcji chińskiej, teoretycznie powinien podziałać najwyżej z miesiąc. Tymczasem chodzi nieustająco (wciąż na oryginalnej baterii!) i absolutnie idealnie - jedyna regulacja, jakiej przez te lata wymagał, to przestawianie z czasu letniego na zimowy i odwrotnie. Do dziś szczerze żałuję, że nie kupiłam dwóch.
czwartek, 26 maja 2011
Australia jest tak okropnie daleko, że aż trudno sobie wyobrazić. Jednak kiedyś na ten koniec świata wybrali się moi rodzice. Podróż trwała długo, nie obyło się bez przygód, ale dotarli bezpiecznie - i w taki też sposób po pewnym czasie wrócili. Oczywiście nie z pustymi rękami.
Jadąc w głąb kontynentu, trzeba bardzo uważać. Szczególnie, jeśli się jest wielbicielem piwa. Napotkany po drodze pub może być tym ostatnim, a potem długo, długo nic, tylko suche pustkowia. Na szczęście w lokalu znajdzie się stosowne ostrzeżenie, więc po dogłębnym przemyśleniu można skorygować plany.
Gdy jednak zdecydujemy się zawędrować tam, gdzie ani pubu, ani telewizji, a i komórki pewnie nie mają zasięgu - cóż robić, żeby rozproszyć nudę? Może porzucać bumerangiem? Ciekawe... wróci czy nie. Oczywiście nie należy nim celować w misie koala, są bardzo sympatyczne i w dodatku pod całkowitą ochroną. Kapeluszy oczywiście na codzień nie noszą, zakładają je tylko przy wyjątkowych okazjach.
niedziela, 15 maja 2011
We wrześniu 1939 roku moi dziadkowie mieszkali tuż za Bugiem, w okolicach Brześcia. Gdy w końcu miesiąca na wschodnie tereny Polski wkroczyli Sowieci, wieści o ich brutalnym postępowaniu wobec ludności cywilnej rozeszły się błyskawicznie. Na wszystkich padł blady strach. Ale gdzie tu uciekać? Na zachodzie też przecież wróg.
Resztę wojny spędzili bezpiecznie, w zabitej dechami rodzinnej wsi dziadka, na Roztoczu. Z babcinych opowieści pamiętam, że była bardzo zadowolona ze swojego pospiesznego wyboru. Maszyna ratowała ją w wielu sytuacjach. Gdy zdarły się ubrania, szyła je ze starych zasłon. Zapewne też zarabiała szyciem.
Maszyna jest wciąż sprawna, o idealnej jakości ściegu. Szyje się, kręcąc umocowaną z boku korbką. Z dzieciństwa pamiętam wiele ubrań uszytych na niej przez babcię. Dla siebie też szyła, przez wiele powojennych lat. Wolała tę maszynę od teoretycznie lepszej, elektrycznej.
Vestazinha to bardzo popularna przedwojenna marka, z pewnością wiele takich maszyn sprzedano w Polsce w tamtych czasach. Do dziś sporo ofert ich sprzedaży można znaleźć w serwisach aukcyjnych.
niedziela, 08 maja 2011
Krzak bzu pod moimi oknami z roku na rok wyrasta coraz wyżej. Pięknie się prezentuje, oświetlony porannym słońcem.
niedziela, 01 maja 2011
Pokazywałam już stację Karłowo i różne lokomotywy. Czas na sedno istnienia pociągów, czyli wagony. W pierwszej kolejności towarowe, bo zawsze podobały mi się bardziej ze względu na zróżnicowanie barw i kształtów.
Z tego byłam najbardziej dumna w tamtych czasach. Bo kolor ładny i na dodatek firma z drugiej, lepszej strony świata.
Jeszcze jedna cysterna, a właściwie cysterenka. Taki mikrus. Całkiem fajny.
A tu mój ulubiony typ wagonu. Czemu ulubiony? Bo coś się w nim ruszało. Można było pootwierać klapki na górze. Albo pozamykać.
Wagon-chłodnię też całkiem lubiłam. Wyobrażałam sobie te wszystkie zamrożone góry żarcia, z których para buchała aż miło. Po otwarciu nieotwieralnych drzwi, rzecz jasna.
Podobnych do tego mam kilka. Świetnie odrobiono w nich wszelkie szczegóły, no ale zawsze tak bardzo chciałam zajrzeć do wnętrza... a się nie da. |